Co to jest medytacja wglądu? Próba definicji i spojrzenia w praktyce na jej możliwości. Wyzwania rodzica.

Godzina 16:15 zwykłego listopadowego dnia w 2020 roku. U mojej córeczki pojawia się tzw kolka, a w mojej spokojnej dotad głowie matki małych dzieci – katastrofa.

Kolka to zespół  objawow- niezwykle  trudny do ukojenia ból brzucha u noworodka, występujący kilka razy w tygodniu, zazwyczaj w godzinach popołudniowych. Próbujesz wówczas wszystkiego: leków, masaży, noszenia, karmienia, przytulania, kochania, podrzucania, ziuziania, chustonoszenia, stawania na rzęsach, ale nic nie pomaga… 

Dopóki nie nastanie określona godzina – zazwyczaj podobna (po godzinie, dwóch, czterech, a podobno nawet u ośmiu) Ty nie możesz zrobić nic. Błąkasz się po mieszkaniu z płaczącym dzieckiem na ręku (a jest to płacz który przypomina profesjonalne zdzieranie gardła), a w Twojej głowie galopują emocje…]

Co się działo w mojej głowie podczas tych wieczorów? Wzmagała agresja, bunt, panika. W pierwszej kolejności na tapecie pojawiał się bałagan: ale mnie wkurza ten rozpieprz, dlaczego tylko ja w tym domu sprzątam? Następnie myśli obsesyjnie przyklejały się do osób, które mnie irytują. Myślałam, co jest z nimi nie tak, co mnie wkurza. Potem jeżeli z pokoju obok wychylił się mój partner, dostawało mu się za to, że puszcza starszej córce bajki. Następnie córka przychodziła i wieszała mi się na nodze, to całkowicie wytrącało mnie z równowagi i nie umiałam zapanować nad swoim zachowaniem tak aby czuła się OK. Przeciągłe „Imięęęęęę partneraaaa???” do dziś stresuje moją córkę, bo kojarzy jej się z tym, że przyszła do mnie gdy moja druga latorośl płakała jakby ją obdzierali ze skóry,a ja nie byłam w stanie trzeźwo spojrzeć na sytuację, odłożyć młodszej i ją przytulić. 

Kolki powodowały że moje spokojne, szczęśliwe wnętrze obracało się w strzępy.  O godzinie zero – zazwyczaj 20:00 kończyły się, mała zasypiała a ja czułam się, jakby przejechał po mnie czołg, zbesztawszy przy okazji każdego kto się nawinął i uważając, że mam do tego prawo. Następnie podkulałam ogon i przepraszałam za formę artykułowania swojej złości, naprawdę dalej przekonana o racji swoich argumentów: partner to leń i nie jest w stanie uspokoić mojej córki, mam prawo być poirytowana, a to co przechodzę to koszmar…

Na szczęście okres ten zbiegł się z polską premierą nowej książki Pemy Chodron o jakże znamiennym tytule „Żyj pięknie…” Pema Chodron w tej książce dała mi narzędzia, które pozwoliły mi zrozumieć, jak poradzić sobie z sobą w trakcie kolek. Przypomniało mi się o medytacji.

Medytacja – to ona uratowała około 30 z 40 wieczorów kolkowych, których doświadczyłam. Pomogła mi zrozumieć, że to nie w bałaganie jest problem, moim partnerze, mojej córce, tylko właśnie w nawykowej reakcji której ulegam. Pema pokazała jak techniki buddyjskie umożliwiają usunięcie takiej reakcji. Nie mogłam co prawda  stosować w tym okresie formalnej medytacji, bo to było wówczas dla mnie niemożliwe przy tym hałasie i poziomie emocji. Zaczęłam wyłączać myśli nacechowane emocjami, te, których powtarzalność była uderzająca – o bałaganie, o innych, o partnerze… Gdy zaczynała się kolka przybierałam w głowie wojenne barwy, wychodziłam do drugiego pokoju i skupiałam się w 100 procentach. Starałam się nie włączać żadnych nawykowych skojarzeń w swojej głowie, mieć czysto w pokoju, a myśleć głównie o tym, jak brzmi płacz mojego dziecka, i czy jakkolwiek się zmienia pod wpływem tego, co robię – czy bujam, czy stoję, czy kładę, czy siedzę… Gdy to mi się udawało – po około 2 godzinach cierpienia mojej bezbronnej córki, która dopiero zaczynała płakać prawdziwymi łzami, gdyż najmniejsze dzieci płaczą na sucho, czułam się już nie zbrukana i słaba, ale – co zabrzmi może górnolotnie – oczyszczona.

Jak mówi Pema Chodron: Najtrudniejsze sytuacje są naszym przyjacielem, bo obnażają te obszary, w których mamy dużo do zrobienia.

To medytacja pomogła mi w tych chwilach, które – wiem od kilku  matek – są bardzo trudne dla wszystkich w domu. W zasadzie odkąd zostałam mamą mogłam dzięki technikom medytacyjnym rozwiązać konstruktywnie wiele sytuacji, które mnie w danym momencie poruszały (często dużo mniej granicznych niż kolka, ale nadal trudnych). To dlatego chciałabym się z Wami podzielić przykładami, jak medytacja może nas zmieniać. Dopiero się jej uczę i nie jestem żadnym specjalistą, ale widzę, że wiele osób ulega stereotypom gdy o niej mówi. Latami sama odbierałam ją stereotypowo (wielka szkoda!).  Spróbuję więc pokazać Wam medytację tak jak ja ją dziś widzę – po około półtora roku dość nieregularnej praktyki i kilku zbójeckich lekturach. 

I. Czym medytacja nie jest? Stereotypy, którym ulegałam.

a) Moje pierwsze błędne wyobrażenie o medytacji: EKO rozmyślanie

Medytacja - wyniki z banku zdjęć
Medytacja – wyniki z banku zdjęć

Pierwsze moje błędne wyobrażenie, które powstało lata temu (pewnie w okresie liceum), zostało wykreowane zdjęciami z banku zdjęć wyświetlającymi się pod hasłem „medytacja” i skojarzeniami popkultury. Najczęstsze   wyniki graficzne w różnych bankach grafik i wyszukiwarkach to zdjęcia dziewczyny siedzącej w uroczym miejscu w pozycji kwiatu lotosu z palcami wzniesionymi do góry w charakterystycznym geście.

Co ona robi? Medytuje… rozmyśla o tym pięknym widoku… Na pewno rozmyśla o czymś wzniosłym… O czymś eko… Kontempluje potęgę góry… Na pewno towarzyszą jej piękne myśli.

BŁĄD – medytacja to nie nakręcanie myśli. I nie wymaga natury.

Medytacja błędnie bywa rozumiana jako synonim kontemplacji.

b) Moje drugie błędne wyobrażenie: egzotyczna religia

Leonard Cohen i ZEN
Leonard Cohen i ZEN – wyniki z Youtube

Wraz z erą New Age, Zen i buddyzm zagościły w Ameryce, a potem w Europie.  Wydawało mi się, że medytacja dla mieszkańców zachodu jest jak wyjazd na Bali – obietnicą egzotyki, azjatycką wersją wiary w nieco bardziej interesującej otoczce.

BŁĄD – ZEN czy buddyzm nie są religiami.

 

c) Moje błędne wyobrazenie 3: Siedzenie i patrzenie

Medytacja to siedzenie po turecku i wpatrywanie się w 1 punkt.

BŁĄD – medytacja to może być siedzenie, ale medytacji towarzyszy CEL. O tym celu postaram się niżej opowiedzieć.

 

Błędnych wyobrazeń jest cała masa. Jeżeli macie jakieś spektakularne – podzielcie się, chętnie się z nas jeszcze trochę pośmieję 😉

II. Czym medytacja jest

Pewnego dnia wgryzłam się w temat i dowiedziałam, że medytacja to laboratorium, eksperyment, ścieżka wojownika – praktyczne  ćwiczenie nakierowane na wymierne cele.

W skrócie polega ona na siedzeniu i próbie powstrzymania strumienia świadomości, który leci przez naszą głowę, lub -jak kto woli – wyłączenia myśli. Jeżeli spróbujecie to teraz zrobić, szybko przekonacie się, że zrobienie tego za pierwszym razem choć na parę sekund jest praktycznie niemożliwe. Już? Jak długo daliście radę? Ja czasem nie jestem w stanie nawet na parę sekund wyłączyć swojego bełkotu. Czasem udaje mi się na 10 sekund, po czym znów jest myśl, i potem znowu przez chwilę się udaje… Spróbujcie chociaż raz, a otrzymacie punkt odniesienia, który przybliży Was do zrozumienia, dlaczego ćwiczenie tej umiejętności może być tak transformujące. Latami kształcimy się w myśleniu. Jest to dla nas tak naturalne, że walka z tym mechanizmem daje nam kontrolę nad sobą na całkiem nowym poziomie. Jest też ogromnym wyzwaniem (i chyba dlatego upodobałam sobie nazywanie medytacji „ścieżką wojownika”). 

Praktykowanie medytacji i technik powstrzymywania z nią związanych (i te praktyki to jest również bardzo interesujący temat) pomogło mi kilkakrotnie w sprawach codziennych i wracających do mnie jak bumerang (a przecież dopiero zaczęłam!). Zapragnęłam, żeby to poszło dalej.

Kai
Książki Pemy Chodron aktualnie dostępne w księgarniach

Nowe spojrzenie na to pojęcie dały mi przede wszystkim książki Pemy Choedron (na polski jak dotąd przetłumaczono tylko cztery z nich – „Rusz z miejsca”, „Żyj pięknie”, „Nigdy nie jest za późno” i „Kiedy życie nas przerasta” – zatytułowane chwytliwie ale bardzo wartościowe w środku!). Drugą ważną lekturą była dla mnie książka „Mindfullness in plain english” Bhante Henepola Gunaratany (i polskie tłumaczenie „Vipassana w prostych słowach”, które pobrałam stąd). Dzięki tym lekturom zrozumiałam przede wszystkim, że medytacji nie można rozpatrywać w oddzieleniu od podstawy filozoficznej*, która za nią stoi – czy to jest Mindfulness czy medytacja ZEN czy medytacja wglądu.

*wielu buddystów tak naprawdę nie lubi określenia filozofia, bo kojarzy się ona z teorią. Chętniej używają porównania z psychologią, która daje narzędzia do zmiany mentalnej.

Buddyzm (który rozpropagował medytację) uważa, że człowiek jest istotą cierpiącą, której należy pomóc aby cierpiała w mniejszym stopniu, oraz że cierpi na własne życzenie. Dotyczy to wszelkich twarzy cierpienia: nie tylko śmierci bliskich, choroby i rozstań, ale przede wszystkim różnych małych sytuacji jak zazdrość, złość, mściwość, to jak np wybuchamy po jakimś zachowaniu naszego partnera, jak potem tego żałujemy, itp…

Choć cierpię głównie na nieznośną lekkość bytu, a tylko czasem trochę mnie irytuje otoczenie, po namyśle musiałam przyznać, że przynajmniej bywa, że powoduję cierpienie u innych. Zresztą cierpienie jest uniwersalne – chyba trudno temu zaprzeczyć. Jeżeli jeszcze nas nie dotknęło, prawdopodobnie jest to przed nami.

Według buddyzmu Człowiek nie może zrezygnować z samego bólu, ale może odciąć cierpienie na kilka sposobów – 1) zaakceptować je 2) nie pozwalać mu rozkwitać 3) nie obarczać jego efektami innych 4) nie krzywdzić innych.

Inną podstawową koncepcją buddyzmu jest to, że myśli przez swój dyskursywny charakter wtłaczają nas w ramy dualizmu – wyborów między 8 daremnymi zmartwieniami człowieka, które również generują cierpienie. Są to: posiadanie i strata (np. luksusowy dom i luksusowy dom, który straciliśmy na skutek krachu na giełdzie), ból i przyjemność (zgadza się, przyjemność nie może dać nam szczęścia!), pochwały i krytyka, poszukiwanie sławy i poczucie bycia nieważnym.

Te zmartwienia zaś nie są w stanie dać nam szczęścia ze względu na swój tymczasowy i względny charakter. Ich wpływ na człowieka zależy w 100% od procesu myślowego, który im dedykujemy, a każdy z nas zaprząta sobie nimi nieustannie głowę. To, co nazywamy myśleniem najczęściej jest po prostu kluczeniem między tymi pojęciami, wyrażaniem na ich podstawie takich czy innych opinii, ich bronieniem lub atakowaniem kontropinii.

Właśnie to odkrycie pomogło mi spojrzeć na siebie z dystansem. Wcześniej bardzo broniłam swojej indywidualnej wizji świata, ale teraz przestałam w niej widzieć wartość – stała się dla mnie wypadkową mniej lub bardziej przypadkowych tarć między 8 doczesnymi zmartwieniami.

Weszłam na ścieżkę – wzięłam na tapetę często pojawiającą się we mnie agresję słowną, potrzebę posiadania racji i krytycyzm. Staram się je wykorzeniać.

Powinno być „When people think – ZEN People – are”

Wchodzę na ścieżkę

Co znaczy, że „wzięłam coś na tapetę”? Rozpoczyna i kończy się drogę na tym na co mamy wpływ – na sobie.

Na poczatku znajduję momenty newralgiczne – te, które podkręcają mnie emocjonalnie, głównie pod kątem negatywnych emocji. Następnie prześwietlam własne myśli, badam, jak są kreowane, jakim torem i kiedy przekształcają się nawykowe zachowania (robię to live – dokładnie w chwilach, gdy to się dzieje). Następnie uczę się powstrzymywania ich jeżeli prowadzą mnie na manowce. Im więcej medytuję tym lepiej potrafię to robić będąc w środku takiej sytuacji (tam gdzie pojawiają się silne emocje zazwyczaj  mamy tendencje to działania przed myśleniem).

Można w tym miejscu zastanawiać się: OK to trochę taka psychologia, samokontrola. Po co w ogóle mówić przy tym o medytacji? Otóż ciekawostka polega na tym, że jeżeli nie medytuję regularnie, moje umiejętności są gorsze w tym zakresie – bo nie umiem aż tak z boku patrzeć na siebie.

Jedną z technik wspomagającychm zatrzymywanie nawykowych reakcji, które chcemy wykorzenić, jest  bycie człowiekiem obecnym, otwartym na rzeczywistość i wyciszanie własnych wyobrażeń o rzeczywistości. Według tych czy innych prądów medytacyjnych satysfakcję z życia uniemożliwia  dyskurs myśli, który mu towarzyszy. To on oddala nas od bezpośredniego doznania, a następnie uruchamia interpretację i generuje REAKCJE.

Buddyzm nie tylko odkrywa, dlaczego cierpimy, ale też daje narzędzia, by to zmieniać – MEDYTACJĘ. Wg mnie jest to wartościowsza alternatywa dla chrześcijańskiej POKUTY. Nigdy to, że zdawałam sobie sprawę z czegoś co mi się nie podoba w moim własnym zachowaniu nie spowodowało, że umiałam to zmienić. 

Częste medytowanie:

  1. Sprawia, że wykorzeniamy nawykowe pozornie przyczynowo-skutkowe konkluzje demaskując swoje prawdziwe intencje.
  2. Umożliwia nam kontrolę – daje włącznik i wyłącznik.
  3. Uczy nas doświadczać rzeczy wprost bez zbędnego dyskursu, który pojawia się automatycznie (bo w końcu uczymy się tego od dziecka, nierzadko pod płaszczykiem logiki). Dyskurs ten generuje z kolei nawykowe zachowania, które bywają oparte o agresję, chęć udowadniania swojej racji itp. itd.*
*Wydaje mi się, że konieczność wyłączenia dyskursu jest niezwykle trudna do przyjęcia przez Europejczyka. Każdy z nas zna maksymy, które wydają się fundamentalne dla europejskich wartości:  „Myślę więc jestem” Kartezjusza i „Człowiek jest trzciną ale trzciną myślącą” Blaise’a Pascala.

Medytacja jest więc treningiem służącym kształceniu umiejętności wyłączania dyskursu wtedy gdy tego potrzebujemy (a najlepiej zawsze gdy akurat nie wymyślamy lekarstwa na raka, nie koncentrujemy się na jakimś zadaniu, problemie itp). 

 

Przykładowe małe sytuacje i strumień myśli

Obejrzyjmy mechanizmy myślowe, które nami codziennie kierują. Dajmy na to że nie mamy wielkich problemów.

Dzwoni do nas mama i mówi: „Czy założyłaś dziś czapkę?” Jeżeli masz 30 lat i obsesję posiadania racji takie telefon może Cię wyprowadzić z równowagi i uruchamia standardowo Tobie znaną reakcję. Albo odpyskujesz coś albo burkniesz, albo wysłuchasz cierpliwie z niemałą dozą irytacji, która zatruje kilka minut Twojego dnia.

Lub jadę samochodem i ktoś mi zajedzie drogę i na mnie nakrzyczy że stoję na zielonym świetle. Gotuje się we mnie  a potem pół dnia opowiadam jaki palant dziś na mnie nakrzyczał… Zatrute kolejne minuty.  Pytanie czy gdyby wyłączyć się sekundę, w której pojawia się zatruta strzała w naszym wnętrzu – zatrzymać się, wziąć wdech i zrobić wydech i spojrzeć z zewnątrz na tę sytuację – czy nadal widzę palanta? Nie. Palanta widzi moja głowa przepełniona emocjami. Obiektywnie mogłabym  jedynie zobaczyć, jaki kolor ma światło, jak czerwony stał się na twarzy tamten kierowca, jakiej marki jest jego samochód. Spojrzałabym w sposób czysty i dostrzegła sytuację rezygnując z interpretacji, która zrobiła z tego człowieka palanta. Czy w ten sposób zyskałabym spokój ducha i przejrzystość spojrzenia? Która z tych wersji jest bliższa prawdzie – moja wizja palanta czy po prostu obraz tej sytuacji widziany jak z lotu ptaka?

To tylko mała sytuacja, małe ćwiczenie, które można przełożyć na rzeczy duże. Uczymy się reagować w sposób kontrolowany w małych sytuacjach, aby umieć  to powtórzyć w sytuacjach wielkiej wagi, również egzystencjalnej. Szkoły buddyjskie te czy inne nie zajmują się promowaniem Boga, za to dają konkretne zalecenia formalne, jak pracować nad sobą. Im więcej jest medytacji formalnej, tym lepiej idzie nam wyłączanie dyskursu na co dzień – w typowych sytuacjach takich jak stres, trudne rozmowy, korki uliczne, płaczące dziecko, kolega który przyjeżdża mercedesem i parkuje koło naszego fiata 😉 Myśli, interpretacje i czyny, które z nich wynikają wyznaczają nam poczucie szczęścia i nieszczęścia, a przecież sami mamy kontrolę nad ich powstawaniem – dlaczego z tego nie skorzystać? 

Czyje na wierzchu?

Gdy analizuję swoje aspiracje, te, które ukształtowało moje środowisko dorastania, kultura, media, książki, okazuje się, że nieustannie ulegam mechanizmom nakręcania się przez myśli.

Jestem nieszczęśliwa gdy: ktoś mnie olewa, inny ma rację, inny robi lepsze zdjęcia, ktoś się że mnie śmieje, ktoś mnie skrytykował, inni mogą jechać na Filipiny a ja tylko do Kołobrzegu, muszę się opiekować rodzicami, moje dziecko ma kolkę i muszę je nosić przez 3 godziny, czegoś nie mogę zrobić bo np nie mam czasu, coś idzie nie po mojej myśli, zdechnie mi pies

Jestem szczęśliwa, gdy: jestem kochana, jest mi przyjemnie, oglądam film, który lubię, dzieci mnie kochają, mam dobrą pracę, jadę na ciekawe wakacje, szef powiedział mi dobre słowo, ktoś jest zadowolony z mojej pracy, mam satysfakcję ze swojej pracy, jestem bardziej inteligentna niż inni, zdobyłam doktorat, mam fajny dom, zrobiłam coś szybciej niż inni.

Buddyzm zakłada konieczność ODRZUCENIA OBYDWU TYCH POSTAW – zarówno poszukiwania szczęścia i jak odrzucenia nieszczęścia. Odrzucenie przyjdzie łatwo, jeżeli uznamy, że ich silnikiem jest nasza własna głowa. Swojego szczęścia nie można uzależniać od interpretacji. Powinniśmy akceptować to, co się wydarza. Bo przecież powyższe odczucia są tylko subiektywną oceną, inną dla wszystkich.

Jak to zrobić?

Wyłączyć myśli, które interpretują rzeczy jako dające szczęście lub nie.

Jak to zrobić?

Jak najczęściej ćwiczyć wyłączanie.

W końcu wyłącznik pojawi się w naszym zasięgu.

Dla mnie przełomem, czymś co przekonało mnie do medytacji było, jak czytając Pemę i Henapolę zrozumiałam że to, czego tak chronię jako moich wzniosłych motywacji jest jednak powszechne. Zaimponowała mi bezkompromisowość Pemy Chodron – mniszki, która uczciwie podawała przykłady że swojego życia pisząc o tych mechanizmach. „Ojej ja też tak mam!” myślałam. „Czy to co brałam za swoją słabość lub siłę jest jednak wspólne dla wszystkich ludzi a nie specyficzne dla mnie?”. I stało się. Przestałam bronić swoich motywacji jak bulterier.

Kiedy Pema Chodron rzuciła pierwszego męża wszystko było OK. Jednak jej świat runął, gdy drugi mąż porzucił ją! „Jej” już nie było „na wierzchu”…

Jak kruche są podstawy naszego EGO. Zależą od tego, czy czujemy się kochani, od tego, jak jesteśmy postrzegani: czy jako mądrzy, bogaci, piękni? Jeżeli czujemy się głupsi lub brzydsi, zawsze możemy WMAWIAĆ  innym, że jesteśmy mądrzejsi i tak poprawić sobie samopoczucie. Możemy agresywnie trzymać się swego ciesząc się z garstki fanów, którzy nam uwierzą i szydząc z garstki, która uważa inaczej… Lub znaleźć sobie takich przyjaciół, którzy cenią to, kim jesteśmy. Będziemy czuli satysfakcję gdy jesteśmy przy kimś „gorszym”, a żal i wkurzenie, gdy będziemy przy kimś „lepszym”… Mechanizmy szukające winnego będą pracowały nieustannie aby nam udowodnić, że jesteśmy na wierzchu, abyśmy mogli poczuć się szczęśliwi…

Gdy to przeczytałam, zadałam sobie proste pytanie: Czy naprawdę i ja muszę uzależniać poczucie szczęścia od tego, czy moje jest na wierzchu?

Moi mistrzowie twierdzą, że gdy rozpoczynasz medytować, zaczynasz lepiej rozumieć  mechanizmy które Tobą władają, ponieważ uczysz się dostrzegać moment w których się włączają. Jeżeli umiesz wyłączać myśli, zaczynasz je lepiej kontrolować i patrzysz na nie jaśniej. Zarazem jesteś w nich jak z ich boku. Następnie spoglądasz na siebie z boku.

Z kolei gdy rozumiesz mechanizmy, którym ty ulegasz, zaczynasz jak na dłoni widzieć również mechanizmy którym ulegają inni! Wówczas łatwiej ci wybaczyć innym gdy to oni się wymądrzają, oceniają cię, przechwalają się, są dla Ciebie niedobrzy, szydzą z Ciebie lub próbują Ci zaimponować.

Jeżeli dużo ćwiczysz i trzymasz się zaleceń – zamiast irytacji i wkurzenia na innych ogarnia cię życzliwość. Nawet wtedy gdy ktoś za wszelką cenę chce być na wierzchu, na Twoim grzbiecie i smagać Cię bacikiem!

Czy możesz to sobie wyobrazić?

Brak tego ukłucia, gdy ktoś ci udowadnia, że jesteś gorszy…

Lub brak konieczności dążenia do tego, by mieć rację… być lepszym… coś znaczyć… coś osiągnąć… Jakąkolwiek to przybiera formę (np ostentacyjnego udowadniania, że ci nie zależy ;);

W dodatku w coraz mniejszym stopniu uzależniasz ocenę swoich dokonań od ocen innych. Stajesz się niezależny mentalnie. Stajesz się pusty. Życie dostrzegasz bezpośrednio –  jak zwierzęta, dziecko z niewykształconym aparatem pojęciowym.  Czy to nie jest piękna obietnica?

„Pięć minut siedzenia, pięć minut bycia buddą”.

(„Trzy filary zen”) Medytacja to przede wszystkim praktyka. Nie da się ocenić jej efektów intelektualnie – trzeba jej doświadczyć.

W tym miejscu przerywam. Będę dalej poszukiwać odpowiedzi na pytanie, czym jest medytacja. Jeżeli chciałbyś zostawić swoją definicję – zrób to. Przeczytaj „Vipassanę” jeżeli chciałbyś spróbować medytacji i potrzebujesz zaleceń formalnych, a książki Pemy Chodron jeżeli szukasz motywacji do tego.

Mam dalsze plany na  artykuły związane z wątkiem medytacji, dlatego zachęcam, abyś wróciła/ wrócił. Chciałabym poruszyć temat tradycji medytacyjnych:

1.1 Medytacji wglądu

1.2. Medytacji w ZEN

1.3. Medytacji w Mindfullness.

Tymczasem wracam do rzeczywistości, gdyż -jak pisze Shunryu Suzuki:

 

 

2 thoughts on “Co to jest medytacja wglądu? Próba definicji i spojrzenia w praktyce na jej możliwości. Wyzwania rodzica.

  1. Piszesz o Kartezjuszu – to wtedy rzeczywiscie ten dualizm powstal. I wizja czlowieka indywidualnego. Dlatego w kulturze europejskiej trudno jest przyjac zalozenia buddyzmu, bo jestesmy wychowani w kulcie indywidualizmu, czytaj tez egoizmu. Trudno nam zrezygnowac z ego, to ono jest siłą napędową.
    Zresztą tradycja buddyjska ma duzo wpsolnego z europejską- starozytną, mianowicie ze stoicyzmem. Tam tez duzo mówi sie o szukaniu „winy” w sobie, a nie w otoczeniu. I o tym, że sobie „roimy”, czyli żyjemy nie faktami/zdarzeniami, a naszymi wyobrazeniami o nich – tworzymy sobie narracje.
    Jedno z ciekawszych zdan jakie przeczytałam (czy sobie zaaplikowalam) to: „Nieszczesliwi jestesmy tylko w porownaniu z innymi”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Close